"Francuska glinka czerwona (Illite) jest przebogata w krzem, żelazo, mangan, potas, tytan. Glinka szczególnie dobrze działa na tłustą i mieszaną, a jednocześnie wrażliwą cerę. Łagodzi trądzik różowaty i zapobiega pękaniu naczynek krwionośnych. Idealnie nadaje się do cery naczynkowej, która jest bardzo delikatna i wymaga łagodnego oczyszczenia i wzmocnienia skóry i naczyń krwionośnych. Maseczka oczyszcza, wzmacnia i dodaje świeżości cerze dojrzałej, przesuszonej, z utratą jędrności. Zawiera dużą ilość krzemu, żelaza, aluminium oraz wapń,magnez, sód, potas, tytan i mangan. Glinka czerwona przede wszystkim powoduje doskonałe nawilżenie skóry i znaczne złagodzenie alergicznych podrażnień. Łagodnie ściąga pory i wygładza skórę. Systematyczne stosowanie zapewni obkurczenie i uszczelnienie naczynek krwionośnych, w rezultacie skóra staje się świeża, gładka i aksamitna o brzoskwiniowym zabarwieniu. Można to zauważyć już od razu po pierwszym użyciu maseczki. Czerwonawe plamy jaśnieją, a skóra staje się gładsza i nawilżona.
Systematyczne stosowana sprawia, ze skóra staje się świeża i aksamitna.
Już po pierwszym zastosowaniu glinka rozjaśnia czerwone plamy na skórze, sprawia że szorstka i przesuszona skóra staje się gładsza i doskonale nawilżona."
Ogólnie 50 razy o tym samym, ale pogrubiłam to co warto wychwycić i na co chociaż w połowie liczyłam.
Maseczka jednak nie zrobiła nic. Absolutnie nothing, a używałam jej pełna nadziei aż do końca. No bo, że efekt to może po czasie, trzeba regularnie stosować, kij, że producent obiecuje lepsze życie już po pierwszym użyciu, może jestem ewenementem i potrzebuję kilku. Tak się sobie tłumaczyłam.
Opakowanie: Opakowanie jest najlepsze z tego wszystkiego. Użytkowniczki glinek wiedzą ile się trzeba nababrać, żeby taka naturalną i czystą rozrobić, nałożyć i jeszcze sprzątnąć po sobie na koniec. Nie chce się czasami. A tu proszę, mamy gotowca w opakowaniu z pompką i to jeszcze z air less, wygoda i higiena, cudnie.
Czasami tylko jak dłużej nie używałam, przy ujściu dziobka robił mi się czop, ale co tam taki czop, co go wystarczy raz pompnąć i wylatuje. Do przeżycia, godzi tylko w walory estetyczne, chociaż czasami się wkurzałam, bo nie wiedziałam co z tym wylecianym czopem zrobić. Głupia gęś, ale tak już mam, jak się nastawiam, że oto tu i w tej chwili podejmuję czynność nakładania maseczki, to bieganie po domu za papierowym ręcznikiem mnie wnerwia. Ale to ja.
Konsystencja: Gęsto śliska. Łatwa w rozsmarowywaniu, bezgrudkowa.
![]() |
| Nie. Wcale nie przypomina tego co przypomina. To tofi :D |
Zapach: Nie wiem czy tak pachną glinki, ja tam czułam plastelinę z podstawówki :) Dość mocno.
Działanie: Jak żaliłam się już wyżej, działania u Nimvy nie stwierdzono. Pory jak się uśmiechały szeroko tak się uśmiechają, zaczerwienienia występują tak samo, brzoskwiniowe zabarwienie nadal uzyskuję raczej dzięki kolorówce, oczyszczenia wcale, wągry na swoim miejscu, zero ujędrnienia, nawilżenia czy wygładzenia. Zero. Moja cera nic sobie nie zrobiła z tego, że co tydzień nakładałam na nią śmierdziucha. Efektów żadnych ani zaraz po zmyciu, choćby sztucznego nawilżenia, ani pojawiających się po dłuższym używaniu, a zużyłam całe opakowanie.
Przynajmniej krzywdy też mi nie zrobiła.
Czytałam, że u innych działa, możliwe.
Cena: 39,90 zł / 150ml




















