O moim kolejnym kroku oddalającym mnie od produktów chemicznych i drogeryjnych pisałam w przed poprzednim poście. Tym razem porzuciłam domestosowe, wyżarające, pasty, pędzone na chemii i ten właśnie krok był milowym w moim życiu. Ogólnie naturalna pielęgnacja szalenie mi służy, nie tylko ze względu większego bezpieczeństwa, ale zwyczajnie takie produkty sprawują się u mnie o niebo lepiej. Wiem, że nie u wszystkich tak jest, niektórym chemia służy lepiej. Mi nie i bardzo się cieszę, że nie muszę na niej polegać :)
A naturalne pasty to już dla mojej problematycznej szczęki bezapelacyjny dar z niebios. Co mnie dręczyło można poczytać TU.
Dzisiejsza pasta również rozwiązuje moje problemy, jednak będzie odpowiedniejsza dla osób, które jednak potrzebują czegoś mocniejszego, orzeźwiającego kopa i hektolitrów piany.
Chociaż do Dabura trzeba się przyzwyczajać jeszcze dłużej, bo w pierwszym kontakcie jest o wiele nieprzyjemniejsza niż ta z Lavery. Niestety, to może odstraszać, ale warto przezwyciężyć wielkie fuuj wychodzące z głębi gardła, ponownie otworzyć umysł, a najlepiej wcześniej przeczytać moją pochlebną recenzję i wytrwać. A później cieszyć się lepszym życiem :D
Czemu jest taka fuuj: Pomijając przypominający smarki, niestandardowy kolor:
chociaż jak najbardziej ziołowy; i uspokajający naszą czujność standardowy zapach, zwyczajnej, ziołowej pasty, mamy SMAK. Poprzedniczka była słona. Ta smakuje jak mydliny z perfum. Coś obrzydliwego, pierwsze 2 dni z nią były ciężkie. Już miałam ochotę odstawić ją w wieczne zapomnienie i poczekać aż się przeterminuje, żeby wyrzucić bez wyrzutów sumienia, bo nawet nie miałam co próbować jej komuś oddać. Nikt z moich ":chemicznych" znajomych nie miałby motywacji żeby się z nią męczyć. Na szczęście ja wykrzesałam uwalone mydlinami resztki swojej i wytrwałam tych kilka dni. Było ciężko, ale to prawda, że człowiek przyzwyczai się do wszystkiego, a do zmiany smaków już całkiem. Inaczej w życiu nie zeszłabym z dwóch łyżeczek do jednej, przy słodzeniu herbaty :P
I chociaż ten okropny posmak czułam jeszcze z pół godziny po wypłukaniu ust, po tygodniu przestałam zwracać na niego uwagę i w sumie można uznać, że teoretycznie zniknął. Lepiej jednak nie robić sobie przerw, kiedy już wypracuje się taki etap :P No chyba, że ktoś jest totalnym wariatem i mu akurat przypasuje. Zdarzają się tacy ludzie :>
Czemu warto fuuj przezwyciężyć: Jeśli pasta z Lavery okaże się w czyimś odczuciu zbyt delikatna, ta powinna być czymś pośrodku między tamtą a tymi drogeryjnymi. I nadal bez podejrzewanego o szkodliwość fluoru. Niestety z SLS i to jest jej jedyny minus. Stąd te niebotyczne ilości piany. Na szczęście dalej mamy kupę ziołowych ekstraktów i nie mamy sztucznych barwników i konserwantów, więc honor uratowany.
Doczyszcza świetnie, nie podrażnia, nie wysusza okolic ust, a po myciu nie mam w buzi kapcia, jedynie ten obrzydliwy posmak :) I co najważniejsze, moje stany zapalne nadal są utrzymywane w ryzach, czego nie doświadczałam przy zwykłych pastach.
No i wydajność. Przy takim wskaźniku pienienia, do mycia wystarczy mi mała kropelka wielkości ziarunia groszeczka. Nie wiem więc, kiedy mi się skończy :P
Cena: 12zł/100ml
poniedziałek, 25 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
Zero czegokolwiek - Safira - Maseczka regeneracyjna z naturalną glinką francuską - czerwoną
Stojąc nad pustym opakowaniem aż mam ochotę zakryknąć: Efekcie? Hop Hop?!... No bo tyle naobiecywać:
"Francuska glinka czerwona (Illite) jest przebogata w krzem, żelazo, mangan, potas, tytan. Glinka szczególnie dobrze działa na tłustą i mieszaną, a jednocześnie wrażliwą cerę. Łagodzi trądzik różowaty i zapobiega pękaniu naczynek krwionośnych. Idealnie nadaje się do cery naczynkowej, która jest bardzo delikatna i wymaga łagodnego oczyszczenia i wzmocnienia skóry i naczyń krwionośnych. Maseczka oczyszcza, wzmacnia i dodaje świeżości cerze dojrzałej, przesuszonej, z utratą jędrności. Zawiera dużą ilość krzemu, żelaza, aluminium oraz wapń,magnez, sód, potas, tytan i mangan. Glinka czerwona przede wszystkim powoduje doskonałe nawilżenie skóry i znaczne złagodzenie alergicznych podrażnień. Łagodnie ściąga pory i wygładza skórę. Systematyczne stosowanie zapewni obkurczenie i uszczelnienie naczynek krwionośnych, w rezultacie skóra staje się świeża, gładka i aksamitna o brzoskwiniowym zabarwieniu. Można to zauważyć już od razu po pierwszym użyciu maseczki. Czerwonawe plamy jaśnieją, a skóra staje się gładsza i nawilżona.
Systematyczne stosowana sprawia, ze skóra staje się świeża i aksamitna.
Już po pierwszym zastosowaniu glinka rozjaśnia czerwone plamy na skórze, sprawia że szorstka i przesuszona skóra staje się gładsza i doskonale nawilżona."
Ogólnie 50 razy o tym samym, ale pogrubiłam to co warto wychwycić i na co chociaż w połowie liczyłam.
Maseczka jednak nie zrobiła nic. Absolutnie nothing, a używałam jej pełna nadziei aż do końca. No bo, że efekt to może po czasie, trzeba regularnie stosować, kij, że producent obiecuje lepsze życie już po pierwszym użyciu, może jestem ewenementem i potrzebuję kilku. Tak się sobie tłumaczyłam.
Opakowanie: Opakowanie jest najlepsze z tego wszystkiego. Użytkowniczki glinek wiedzą ile się trzeba nababrać, żeby taka naturalną i czystą rozrobić, nałożyć i jeszcze sprzątnąć po sobie na koniec. Nie chce się czasami. A tu proszę, mamy gotowca w opakowaniu z pompką i to jeszcze z air less, wygoda i higiena, cudnie.
Czasami tylko jak dłużej nie używałam, przy ujściu dziobka robił mi się czop, ale co tam taki czop, co go wystarczy raz pompnąć i wylatuje. Do przeżycia, godzi tylko w walory estetyczne, chociaż czasami się wkurzałam, bo nie wiedziałam co z tym wylecianym czopem zrobić. Głupia gęś, ale tak już mam, jak się nastawiam, że oto tu i w tej chwili podejmuję czynność nakładania maseczki, to bieganie po domu za papierowym ręcznikiem mnie wnerwia. Ale to ja.
Konsystencja: Gęsto śliska. Łatwa w rozsmarowywaniu, bezgrudkowa.
Zapach: Nie wiem czy tak pachną glinki, ja tam czułam plastelinę z podstawówki :) Dość mocno.
Działanie: Jak żaliłam się już wyżej, działania u Nimvy nie stwierdzono. Pory jak się uśmiechały szeroko tak się uśmiechają, zaczerwienienia występują tak samo, brzoskwiniowe zabarwienie nadal uzyskuję raczej dzięki kolorówce, oczyszczenia wcale, wągry na swoim miejscu, zero ujędrnienia, nawilżenia czy wygładzenia. Zero. Moja cera nic sobie nie zrobiła z tego, że co tydzień nakładałam na nią śmierdziucha. Efektów żadnych ani zaraz po zmyciu, choćby sztucznego nawilżenia, ani pojawiających się po dłuższym używaniu, a zużyłam całe opakowanie.
Przynajmniej krzywdy też mi nie zrobiła.
Czytałam, że u innych działa, możliwe.
Cena: 39,90 zł / 150ml
"Francuska glinka czerwona (Illite) jest przebogata w krzem, żelazo, mangan, potas, tytan. Glinka szczególnie dobrze działa na tłustą i mieszaną, a jednocześnie wrażliwą cerę. Łagodzi trądzik różowaty i zapobiega pękaniu naczynek krwionośnych. Idealnie nadaje się do cery naczynkowej, która jest bardzo delikatna i wymaga łagodnego oczyszczenia i wzmocnienia skóry i naczyń krwionośnych. Maseczka oczyszcza, wzmacnia i dodaje świeżości cerze dojrzałej, przesuszonej, z utratą jędrności. Zawiera dużą ilość krzemu, żelaza, aluminium oraz wapń,magnez, sód, potas, tytan i mangan. Glinka czerwona przede wszystkim powoduje doskonałe nawilżenie skóry i znaczne złagodzenie alergicznych podrażnień. Łagodnie ściąga pory i wygładza skórę. Systematyczne stosowanie zapewni obkurczenie i uszczelnienie naczynek krwionośnych, w rezultacie skóra staje się świeża, gładka i aksamitna o brzoskwiniowym zabarwieniu. Można to zauważyć już od razu po pierwszym użyciu maseczki. Czerwonawe plamy jaśnieją, a skóra staje się gładsza i nawilżona.
Systematyczne stosowana sprawia, ze skóra staje się świeża i aksamitna.
Już po pierwszym zastosowaniu glinka rozjaśnia czerwone plamy na skórze, sprawia że szorstka i przesuszona skóra staje się gładsza i doskonale nawilżona."
Ogólnie 50 razy o tym samym, ale pogrubiłam to co warto wychwycić i na co chociaż w połowie liczyłam.
Maseczka jednak nie zrobiła nic. Absolutnie nothing, a używałam jej pełna nadziei aż do końca. No bo, że efekt to może po czasie, trzeba regularnie stosować, kij, że producent obiecuje lepsze życie już po pierwszym użyciu, może jestem ewenementem i potrzebuję kilku. Tak się sobie tłumaczyłam.
Opakowanie: Opakowanie jest najlepsze z tego wszystkiego. Użytkowniczki glinek wiedzą ile się trzeba nababrać, żeby taka naturalną i czystą rozrobić, nałożyć i jeszcze sprzątnąć po sobie na koniec. Nie chce się czasami. A tu proszę, mamy gotowca w opakowaniu z pompką i to jeszcze z air less, wygoda i higiena, cudnie.
Czasami tylko jak dłużej nie używałam, przy ujściu dziobka robił mi się czop, ale co tam taki czop, co go wystarczy raz pompnąć i wylatuje. Do przeżycia, godzi tylko w walory estetyczne, chociaż czasami się wkurzałam, bo nie wiedziałam co z tym wylecianym czopem zrobić. Głupia gęś, ale tak już mam, jak się nastawiam, że oto tu i w tej chwili podejmuję czynność nakładania maseczki, to bieganie po domu za papierowym ręcznikiem mnie wnerwia. Ale to ja.
Konsystencja: Gęsto śliska. Łatwa w rozsmarowywaniu, bezgrudkowa.
![]() |
| Nie. Wcale nie przypomina tego co przypomina. To tofi :D |
Zapach: Nie wiem czy tak pachną glinki, ja tam czułam plastelinę z podstawówki :) Dość mocno.
Działanie: Jak żaliłam się już wyżej, działania u Nimvy nie stwierdzono. Pory jak się uśmiechały szeroko tak się uśmiechają, zaczerwienienia występują tak samo, brzoskwiniowe zabarwienie nadal uzyskuję raczej dzięki kolorówce, oczyszczenia wcale, wągry na swoim miejscu, zero ujędrnienia, nawilżenia czy wygładzenia. Zero. Moja cera nic sobie nie zrobiła z tego, że co tydzień nakładałam na nią śmierdziucha. Efektów żadnych ani zaraz po zmyciu, choćby sztucznego nawilżenia, ani pojawiających się po dłuższym używaniu, a zużyłam całe opakowanie.
Przynajmniej krzywdy też mi nie zrobiła.
Czytałam, że u innych działa, możliwe.
Cena: 39,90 zł / 150ml
niedziela, 3 listopada 2013
Nigdy więcej drogeryjnych past - Pasta do zębów bez fluoru Echinacea i Propolis - Lavera
Zacznijmy od tego, że drogeryjne pasty zawierają SLS (God, why? już wszędzie musicie go wciskać?) i kontrowersyjny fluor (wpiszcie w google "fluor szkodliwość"). Do tego wykręcają moją wiecznie podrażnioną mordę. Mam problem z dziąsłami, podrażnieniami błony śluzowej i z zapaleniami dotyczącymi jednego schrzanionego przez dentystÓW zęba.
Swoje życie mogę teraz podzielić na 2 etapy:
Etap drogeryjnych past: mentolowy ogień w buzi, krew z dziąseł, ból zęba. Niby takie świeżutkie, tyle środka czyszczącego, a jednak nie potrafiły, jak się okazuje, mi tych zębów dobrze doczyścić, skoro ciągle coś mi się babrało. Do tego zdrętwiały język, zmieniony smak na pół godziny i przesuszona skóra wokół ust. Ja tu nie widzę żadnych plusów.
Etap past naturalnych: zero bólu i pieczenia, myję sobie wreszcie ząbki elegancko jak człowiek, a nie na wyścigi żeby jak najszybciej wypluć ten cholerny domestos z buzi, zero zdrętwiałego języka i dziwnego posmaku, zero przesuszenia skóry i co najważniejsze ZERO PODRAŻNIEŃ I KONIEC Z ZAPALENIAMI. Czyli cholera jasna jednak da się zrobić dobrze czyszczącą pastę i nie kitować do nich chemikaliów (które i tak kuźwa nie działają!)
A teraz trochę organoleptycznie:
Pasta Lavery jest.dziwna i to trzeba wiedzieć i mieć otwarty umysł. I ogólnie chcieć się przerzucić. Inaczej raczej nie wyda. Chociaż miałam do czynienia z dziwniejszymi myjadłami, ale i tak jak ktoś jest przyzwyczajony do Colgejtów możę się zdziwić.
Po pierwsze tubka. Trochę inna niż standardowe, ale dobra, takie też się zdarzają. jak dla mnie duży plus, ze tą tubkę mogę sobie postawić na zakrętce i nie muszę trzymać w kubeczku. No dla mnie to plus, nie czepiajcie się i nie pytajcie :P
Kolor też wygląda niewinnie, biały, dość standardowy, zapach też lekko mentolowy, dziwnawy, ale nadal mentolowy, czujemy się bezpiecznie.
No i czas na mycie. Wyciskamy pastę na szczoteczkę, wkładamy do jamy ustnej i eee.. SŁONE?! Tak, pasta jest mentolowo, słono, lekko mdława. Tydzień się przyzwyczajałam. Później słoność i mdłość przestałam czuć kompletnie i śmieję się z mojego S. kiedy przychodzi do mnie i zapomina co to za szatan stoi u mnie na półce. On nie ma otwartego umysłu na takie rzeczy i nie zdążył się przyzwyczaić :P
Druga sprawa: to dość mała ilość piany w porównaniu z normalnymi pastami. Ludziom wydaje się, że dokładne mycie=dużo piany, ale my blogerki :P już wiemy, że niekoniecznie (np. w szamponach). Jednak Lavery tak czy siak muszę wyciskać odrobinę więcej i to jest minus, bo takie mycie wychodzi drożej niż normalnie. Zmniejszona pojemność (75ml), zwiększona cena (12-16zł) i mniejsza wydajność. Ale są też inne, tańsze pasty i w większych tubkach :)
Trzecia rzecz: w paście da się wyczuć coś jakby kredowy pył. Ale wszystko było opisane i wiedziałam z czym się mierzę. Tak jak i o soli.
"Pasta Lavera Basis z propolisem i echinaceą utrzymuje zdrowie Twoich zębów. Drobinki krzemu, kredy i ksylitu zapewniają dokładne usuwanie osadu nazębnego i osadu bakteryjnego odpowiedzialnego za ubytki, paradontozę i kamień. Echinacea i propolis ma działanie przeciwzapalne i antybakteryjne. Sól morska, minerały wraz z wyciągiem z arniki, mirry, krwawnika pomagają zachować zdrową florę bakteryjną w ustach. Wysokie pH pasty (7.0) neytralizuje działanie kwasów na szkliwo, które prowadzi do powstawania ubytków."
Polecam, wszystko prawda :) Spotkałam się z opinią, że pasta nie domywa i zęby nie są gładziutko czyste. Nie wiem, mi tam domywa jak ta lala :D Do tego ewidentne i niepodważalne działa przeciwzapalne i bakterio-zabójczo. Lepsza nie może być, chyba musiałaby już robić masaż dziąseł.
Swoje życie mogę teraz podzielić na 2 etapy:
Etap drogeryjnych past: mentolowy ogień w buzi, krew z dziąseł, ból zęba. Niby takie świeżutkie, tyle środka czyszczącego, a jednak nie potrafiły, jak się okazuje, mi tych zębów dobrze doczyścić, skoro ciągle coś mi się babrało. Do tego zdrętwiały język, zmieniony smak na pół godziny i przesuszona skóra wokół ust. Ja tu nie widzę żadnych plusów.
Etap past naturalnych: zero bólu i pieczenia, myję sobie wreszcie ząbki elegancko jak człowiek, a nie na wyścigi żeby jak najszybciej wypluć ten cholerny domestos z buzi, zero zdrętwiałego języka i dziwnego posmaku, zero przesuszenia skóry i co najważniejsze ZERO PODRAŻNIEŃ I KONIEC Z ZAPALENIAMI. Czyli cholera jasna jednak da się zrobić dobrze czyszczącą pastę i nie kitować do nich chemikaliów (które i tak kuźwa nie działają!)
A teraz trochę organoleptycznie:
Pasta Lavery jest.dziwna i to trzeba wiedzieć i mieć otwarty umysł. I ogólnie chcieć się przerzucić. Inaczej raczej nie wyda. Chociaż miałam do czynienia z dziwniejszymi myjadłami, ale i tak jak ktoś jest przyzwyczajony do Colgejtów możę się zdziwić.
Po pierwsze tubka. Trochę inna niż standardowe, ale dobra, takie też się zdarzają. jak dla mnie duży plus, ze tą tubkę mogę sobie postawić na zakrętce i nie muszę trzymać w kubeczku. No dla mnie to plus, nie czepiajcie się i nie pytajcie :P
Kolor też wygląda niewinnie, biały, dość standardowy, zapach też lekko mentolowy, dziwnawy, ale nadal mentolowy, czujemy się bezpiecznie.
No i czas na mycie. Wyciskamy pastę na szczoteczkę, wkładamy do jamy ustnej i eee.. SŁONE?! Tak, pasta jest mentolowo, słono, lekko mdława. Tydzień się przyzwyczajałam. Później słoność i mdłość przestałam czuć kompletnie i śmieję się z mojego S. kiedy przychodzi do mnie i zapomina co to za szatan stoi u mnie na półce. On nie ma otwartego umysłu na takie rzeczy i nie zdążył się przyzwyczaić :P
Druga sprawa: to dość mała ilość piany w porównaniu z normalnymi pastami. Ludziom wydaje się, że dokładne mycie=dużo piany, ale my blogerki :P już wiemy, że niekoniecznie (np. w szamponach). Jednak Lavery tak czy siak muszę wyciskać odrobinę więcej i to jest minus, bo takie mycie wychodzi drożej niż normalnie. Zmniejszona pojemność (75ml), zwiększona cena (12-16zł) i mniejsza wydajność. Ale są też inne, tańsze pasty i w większych tubkach :)
Trzecia rzecz: w paście da się wyczuć coś jakby kredowy pył. Ale wszystko było opisane i wiedziałam z czym się mierzę. Tak jak i o soli.
"Pasta Lavera Basis z propolisem i echinaceą utrzymuje zdrowie Twoich zębów. Drobinki krzemu, kredy i ksylitu zapewniają dokładne usuwanie osadu nazębnego i osadu bakteryjnego odpowiedzialnego za ubytki, paradontozę i kamień. Echinacea i propolis ma działanie przeciwzapalne i antybakteryjne. Sól morska, minerały wraz z wyciągiem z arniki, mirry, krwawnika pomagają zachować zdrową florę bakteryjną w ustach. Wysokie pH pasty (7.0) neytralizuje działanie kwasów na szkliwo, które prowadzi do powstawania ubytków."
Polecam, wszystko prawda :) Spotkałam się z opinią, że pasta nie domywa i zęby nie są gładziutko czyste. Nie wiem, mi tam domywa jak ta lala :D Do tego ewidentne i niepodważalne działa przeciwzapalne i bakterio-zabójczo. Lepsza nie może być, chyba musiałaby już robić masaż dziąseł.
sobota, 26 października 2013
Rozdaję woski zapachowe :)
Chociaż nazwa myli, nie są to oryginalne Yankee Candle, a małe "podszywacze" :) Zamówiłam sobie pakę z ciekawości, wzięłam też trochę do podzielenia się. Nie podaję nazwy sklepu, ponieważ obsługa klienta leży u nich i kwiczy i nie ma co polecać :/
Tak więc oto się dzielę
Tym:
Można wypróbować czy porównać do oryginałków
Zasady takie jak zwykle:
- rozdanie tylko dla obserwatorów bloga - 1 los
- jeśli ktoś chce zwiększyć szansę na wygraną to za baner i oddzielną notkę dodaję po 2 losy,
a za wszystko inne po 1 losie
- bawimy się do końca listopada (30.11.2113r)
- dla ułatwienia dodaję wzór do skopiowania:
Obserwuję jako:
Mail:
Dodatkowe losy:
Tak więc oto się dzielę
Tym:
Można wypróbować czy porównać do oryginałków
Zasady takie jak zwykle:
- rozdanie tylko dla obserwatorów bloga - 1 los
- jeśli ktoś chce zwiększyć szansę na wygraną to za baner i oddzielną notkę dodaję po 2 losy,
a za wszystko inne po 1 losie
- bawimy się do końca listopada (30.11.2113r)
- dla ułatwienia dodaję wzór do skopiowania:
Obserwuję jako:
Mail:
Dodatkowe losy:
czwartek, 17 października 2013
Współpraca z Cece of Sweden
Kilka dni temu odezwała się do mnie przemiła Pani Ania i z miejsca mnie trafiła. Samo to, że jest przedstawicielką marki produktów do włosów, ustawiło ją na pozycji "Nie ma siły się temu oprzeć". Do tego marki produktów profesjonalnych. I jeszcze z obietnicą dobrania tych profesjonalnych produktów do mojego typu włosów.
I konkursu dla Was :)
Kontakt szybki, wysyłka szybka, produkty trafione w 10 i jeszcze odręczny liścik. Dobrze się zaczyna :)
Ogólnie Cece Produkty najpierw wyruszyły na podbój rynku fryzjerskiego. Ja się nigdy nie farbowałam w salonie, ale może ktoś kojarzy np. ich farby. Od tego się zaczęło. Teraz gama produktów prezentuje się całkiem pokaźnie i co najlepsze, od kilku lat jest dostępna również dla nas, zwykłych śmiertelników, do zakupienia do własnych i osobistych domów.
Można sobie nawet nie wychodząc z tych domów pooglądać na równie osobistych monitorach. KLIK.
Tym bardziej jestem zaintrygowana, ponieważ życiu o Cece nie słyszałam. Ale to ja. Do fryzjera chodzę raz na rok i mieszkam pod ziemią, przez co nie znalazłam jeszcze żadnego Rossmanna w pobliżu. Po ciemku trudno trafić, a i miejsca mało, może zwyczajnie żaden się nie zmieścił. Serio dziewczyny, tyle rzeczy mnie przez to omija, że faktycznie czuję się jak jaskiniowiec :) Nie samym Rossmannem jednak człowiek żyje, są też inne miejsca do zakupów. Oczywiście żadne nie występuje w pobliżu mojego kompleksu jaskiń. Ych. Sprawdzić można sobie tutaj KLIK
Może macie wiecej życiowego szczęścia. Mi w razie czego, jęsli się zakocham, pozostają jeszcze sklepy internetowe, bo widziałam, że jest i taka opcja. Gud. Ale to jeszcze nie wiem, czy się zakocham testy dpiero rozpoczęte, dam znać :)
A teraz foteczki rodzinne:
Znacie, czy to tylko ja jestem taka zacofana? Może ktoś używał? :)
I konkursu dla Was :)
Kontakt szybki, wysyłka szybka, produkty trafione w 10 i jeszcze odręczny liścik. Dobrze się zaczyna :)
Ogólnie Cece Produkty najpierw wyruszyły na podbój rynku fryzjerskiego. Ja się nigdy nie farbowałam w salonie, ale może ktoś kojarzy np. ich farby. Od tego się zaczęło. Teraz gama produktów prezentuje się całkiem pokaźnie i co najlepsze, od kilku lat jest dostępna również dla nas, zwykłych śmiertelników, do zakupienia do własnych i osobistych domów.
Można sobie nawet nie wychodząc z tych domów pooglądać na równie osobistych monitorach. KLIK.
Tym bardziej jestem zaintrygowana, ponieważ życiu o Cece nie słyszałam. Ale to ja. Do fryzjera chodzę raz na rok i mieszkam pod ziemią, przez co nie znalazłam jeszcze żadnego Rossmanna w pobliżu. Po ciemku trudno trafić, a i miejsca mało, może zwyczajnie żaden się nie zmieścił. Serio dziewczyny, tyle rzeczy mnie przez to omija, że faktycznie czuję się jak jaskiniowiec :) Nie samym Rossmannem jednak człowiek żyje, są też inne miejsca do zakupów. Oczywiście żadne nie występuje w pobliżu mojego kompleksu jaskiń. Ych. Sprawdzić można sobie tutaj KLIK
Może macie wiecej życiowego szczęścia. Mi w razie czego, jęsli się zakocham, pozostają jeszcze sklepy internetowe, bo widziałam, że jest i taka opcja. Gud. Ale to jeszcze nie wiem, czy się zakocham testy dpiero rozpoczęte, dam znać :)
A teraz foteczki rodzinne:
poniedziałek, 14 października 2013
Nad peelingiem trzeba czasami popracować, Plumeria i Orchidea WELLREAL
Przy wyborze tego konkretnego peelingu kierowałam się wyłącznie zapachem i drogą eliminacji. Do wyboru mamy sztuk 5 KLIK. 4 z nich jakoś tak sobie mnie przekonywały, jednak ta plumeria i orchidea, no dobra, orchidea może być spoko, ale co to za plumeria?
| źródło |
![]() |
| źródło |
![]() | ||
| źródło |
Nie mogłam się powstrzymać, takie to fajne. Plumeria jest drzewkiem, o silnie pachnących kwiatach. To z nich robi się te sławne hawajskie, kwiatowe naszyjniki :) Nie wiem jak pachnie, ale jeśli tak jak ten peeling, to kocham :]
Chciałabym też zaznaczyć, że do peelingu dodali ekstrakty z tych kwiatków, a nie walnęli sztucznymi kompozycjami i odczepta się :)
![]() |
| źródło |
Znowu zapach mnie podbił, ale to już ostatnia rzecz, dalej będę opisywała niestety śmierdziuszki :)
Zapach: kwiatowy i świeży z nutką czegoś delikatnie owocowego, perfumiaszczy trochę.Od pierwszego powąchania kojarzył mi się z czystością, relaksem i kąpielą, w sam raz do roli peelingu. Do żelu czy szamponu też byłby bomba :D I najlepsze jest to, że zostaje na skórze po spłukaniu, chociaż na krótko :(
Opakowanie: Lubię te takie z niby aluminiowymi zakrętkami, to coś fajniejszego niż nudny plastik. I fajnie też, że jest przezroczyste, dzięki temu peeling sam się broni, bo w środku też prezentuje się wspaniale.
Posiada zatopione w sobie ciemnoróżowe, maciupeńkie drobinki peelingujące, świetnie to wygląda, chociaż słabo się sprawdza w roli zdzieraka.
Konsystencja: Taka budyniowo-kisielowa. Dość rzadka, ale tak zabawnie się ciągnie i jak przyczepi do rękawicy to już przyczepi i nie spływa. Po rozmasowaniu na wilgotnej skórze tworzy białą emulsję.
Działanie: No cóż, bez wsparcia było dość słabe. Przynajmniej dla mnie, bo ja lubię ostre drapaki i to takie, że to już chyba podchodzi pod masochizm :) Nie mogę tego zrozumieć, ale ponoć na świecie są jacyś ludzie, którzy peelingi wolą delikatne, także ten byłby dla nich odpowiedni :)
Zdziera, czuć, że to robi, skóra jest gładsza, ale to nie to co moje domowe cukrowe peelingi. Zaraz, czy ja pomyślałam cukrowe? Ouuu.. no właśnie. Poleciałam do kuchni i uzupełniłam ubytek białym krystalicznym. No i to jest to :D. Teraz jestem w domu, a peeling pokochałam. Jest mocno, jest ostro, jest gładko i wygodnie, bo nie muszę przed każdą kąpielą przygotowywać oddzielnej porcji. No i jak wydajność się poprawiła, skoro mogę dosypać cukru i znowu jest po brzegi. Wiem, że do czasu, wiem, ale nie mówcie mi tego na głos..
I znowu wyszło, ze w związku trzeba się dotrzeć, a czasem sobie posłodzić ^^ No a sprawianie bólu powinno być patologią, ale jeśli takie igraszki są akceptowane przez oboje to odchyłem być przestają, a jedynie specyficznymi gustami. Szkoda tylko, że i tak faceta wyniszczam w tym związku i pewnie niedługo się skończy... :( Ja lubię jego szorstkość, a on lubi jak pod nim mięknę, ale to tylko egzotyczna przygoda i nie może trwać wiecznie.. Ha, ale zawsze mogę mieć następnego, no, przynajmniej dopóki nie zamkną produkcji :]
A tak z przyziemnych spraw, to facet nie tłuści skóry, ani jej nie wysusza, można go potraktować w kategoriach myjadła, bo posiada w sobie detergent zaraz po wodzie. Ja po całym zabiegu po prostu go spłukuję i się wycieram, w sumie to nawet nie muszę się niczym smarować jak mi się nie chce. Skóra jest przyjemnie nawilżona, nie ściągnięta i nie podrażniona. Jest tak jak powinno być, gładko, miło i wygodnie :)
Wydajność: Przed operacją szacowałam ją na jakieś 12-15 użyć, ale teraz to nie wiem ile mogę jeszcze tak sztucznie podtrzymywać go przy życiu :P
Cena: 13,50 / 200g
sobota, 12 października 2013
Nie kremuj twarzy, noś maskę :) Hydrain 3 Hialuro - Dermedic
Nasze pierwsze spotkanie nie było udane. Nie wiem kto tam w Dermedicu składa teksty na opakowania, ale to jakaś patologia co nawypisywali w sposobie użycia tej maseczki:
-"Nałożyć równomiernie na twarz / ew. szyję, dekolt/ niezbyt cienką warstwę preparatu i pozostawić do wchłonięcia na ok 15-20 min. Pozostałość preparatu usunąć za pomocą chusteczki lub płatka kosmetycznego" Brzmi dość niewinnie prawda?
No to teraz eksperyment: Weźcie pierwszy lepszy krem z toaletki, ale taki co to się dobrze wchłania, nałóżcie sobie tą "niezbyt cienką warstwę", a później spróbujcie zetrzeć go chusteczką i wytrzymajcie bez zmycia dziadostwa bieżącą wodą w trybie natychmiastowym. TYLKO DLA HARDKORÓW. Widzicie już oczami wyobraźni te zaczerwienienia, podrażnioną od tarcia skórę i strzępki celulozy na twarzy? Bo ja to przeżyłam i nigdy więcej. Po wszystkim twarz wcale nie była nawilżona, za to ja wściekła i rozgoryczona.
Obraziłam się na tydzień.
Ale nigdy nie umiałam się długo gniewać, więc tym razem podeszłam do wredziocha trochę inaczej i po 20 minutach elegancko zmyłam go letnią wodą. Wynik = zero nawilżenia, stan skóry porównywalny do stanu skóry sprzed 25 minut. Mhm wrr..
Znowu się obraziłam, ale to tak na wieki wieków, że już ja bym ją.. wywaliła do kosza czy co..
Za dobra jestem. Podejście 3. Oo no nie wierzę, tak to jest to :D Nimvuś jest mądrzejszy od Panów Producentów napisów na opakowaniach. Ha, jednak warto szukać własnych rozwiązań i podążać nieprzetartymi szlakami, ego wzrasta o 100 punktów, bo sama na to wpadłam
Użyłam maseczki jak kremu, cieniutką warstwą, bo skoro miała się wchłaniać, a ścierać należało tylko resztki, które nie raczyły tego zrobić, to czemu by nie nałożyć ilości optymalnej i bez nadwyżki. Tak zatem uczyniłam, leciutko, delikatnie, dosłownie kropeleczka na całą twarz (uwierzcie, tyle całkowicie wystarcza; to też wiele mówi o jej wydajności), wszystko pięknie się wchłonęło, rach ciach w sumie, ja się położyłam spać i wcale nie musiałam odklejać poduszki z policzka. A rano tylko przemyłam buźkę jak zwykle wodą i użyłam swojego toniku. No i bombka, skóra nawilżona, jest sukces.
I tak robiłam raz na tydzień do czasu, aż skończył mi się krem na noc. No to z lenistwa, bo jakiej blogerce kosmetycznej chciałoby się buszować po półkach w drogeriach, użyłam sobie Dermedica znowu. Tak z 7 razy w tygodniu. I co? I zero zapchania, zero przetłuszczenia, jakbym zwyczajnie używała bardzo dobrze nawilżającego, jednak dość lekkiego kremu.
No i tak też używam go po dziś dzień, za górami za lasami, i że nie warto wierzyć pierwszemu wrażeniu, za to warto dawać drugą (i trzecią szansę) a naleśniki lubią się przypalać.
I pachnie ładnie :) Ogóreczkiem takim świeżutkim, kosmetycznym, takim kremicznym no :P
Cena: jakieś 25zł za 50g
-"Nałożyć równomiernie na twarz / ew. szyję, dekolt/ niezbyt cienką warstwę preparatu i pozostawić do wchłonięcia na ok 15-20 min. Pozostałość preparatu usunąć za pomocą chusteczki lub płatka kosmetycznego" Brzmi dość niewinnie prawda?
No to teraz eksperyment: Weźcie pierwszy lepszy krem z toaletki, ale taki co to się dobrze wchłania, nałóżcie sobie tą "niezbyt cienką warstwę", a później spróbujcie zetrzeć go chusteczką i wytrzymajcie bez zmycia dziadostwa bieżącą wodą w trybie natychmiastowym. TYLKO DLA HARDKORÓW. Widzicie już oczami wyobraźni te zaczerwienienia, podrażnioną od tarcia skórę i strzępki celulozy na twarzy? Bo ja to przeżyłam i nigdy więcej. Po wszystkim twarz wcale nie była nawilżona, za to ja wściekła i rozgoryczona.
Obraziłam się na tydzień.
Ale nigdy nie umiałam się długo gniewać, więc tym razem podeszłam do wredziocha trochę inaczej i po 20 minutach elegancko zmyłam go letnią wodą. Wynik = zero nawilżenia, stan skóry porównywalny do stanu skóry sprzed 25 minut. Mhm wrr..
Znowu się obraziłam, ale to tak na wieki wieków, że już ja bym ją.. wywaliła do kosza czy co..
Za dobra jestem. Podejście 3. Oo no nie wierzę, tak to jest to :D Nimvuś jest mądrzejszy od Panów Producentów napisów na opakowaniach. Ha, jednak warto szukać własnych rozwiązań i podążać nieprzetartymi szlakami, ego wzrasta o 100 punktów, bo sama na to wpadłam
Użyłam maseczki jak kremu, cieniutką warstwą, bo skoro miała się wchłaniać, a ścierać należało tylko resztki, które nie raczyły tego zrobić, to czemu by nie nałożyć ilości optymalnej i bez nadwyżki. Tak zatem uczyniłam, leciutko, delikatnie, dosłownie kropeleczka na całą twarz (uwierzcie, tyle całkowicie wystarcza; to też wiele mówi o jej wydajności), wszystko pięknie się wchłonęło, rach ciach w sumie, ja się położyłam spać i wcale nie musiałam odklejać poduszki z policzka. A rano tylko przemyłam buźkę jak zwykle wodą i użyłam swojego toniku. No i bombka, skóra nawilżona, jest sukces.
I tak robiłam raz na tydzień do czasu, aż skończył mi się krem na noc. No to z lenistwa, bo jakiej blogerce kosmetycznej chciałoby się buszować po półkach w drogeriach, użyłam sobie Dermedica znowu. Tak z 7 razy w tygodniu. I co? I zero zapchania, zero przetłuszczenia, jakbym zwyczajnie używała bardzo dobrze nawilżającego, jednak dość lekkiego kremu.
No i tak też używam go po dziś dzień, za górami za lasami, i że nie warto wierzyć pierwszemu wrażeniu, za to warto dawać drugą (i trzecią szansę) a naleśniki lubią się przypalać.
I pachnie ładnie :) Ogóreczkiem takim świeżutkim, kosmetycznym, takim kremicznym no :P
Cena: jakieś 25zł za 50g
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















