NAJWAŻNIEJSZA ZASADA: absolutnie nie wolno zastępować octu jabłkowego zwykłym octem spirytusowym, gdyż możemy sobie zrobić nim tylko i wyłącznie krzywdę!
Wiele osób pytało mnie ze zdziwieniem: ale jak to ocet? Nie zaszkodzi ci? No właśnie nie, bo mówimy o occie jabłkowym, który z tym zwykłym nie ma prawie nic wspólnego :)
Wiele osób używa octu jabłkowego w kuracjach wewnętrznych, gdyż sam w sobie jest bardzo zdrowy i pomaga na sporą ilość schorzeń. Nie będę tu jednak tego wymieniała, bo wystarczy wpisać hasło w google i mamy masę odpowiednich wyników do studiowania :) Nie jest on jednak do picia dla wszystkich, ze względu na swój kwasowy charakter. Ja niestety nie mogę się nim wspomagać pijąc po łyżce, ponieważ od dziecka mam kłopoty z żołądkiem i podejrzewam podatność na wrzody, a wrzody z oczywistych powodów dyskwalifikują. Nie przeszkadza mi to jednak dodawać go do sałatek w małych ilościach :)
Koniec gadania, część właściwa: :)
ocet jabłkowy jako płukanka do włosów:
Proporcje w internecie można znaleźć różne, ja używam 1 łyżki octu na 0,5l przegotowanej chłodnej wody i taka sprawdza się bardzo dobrze. Takiego roztworu używam po zmyciu odżywki, do ostatniego płukania. Nie zmywam go już.
Przy pierwszym użyciu przeraził mnie octowy zapaszek, jednak bez obaw, ulatnia się bardzo szybko i na pewno włosy po wysuszeniu nie bądą nim ani odrobinę zalatywać :)
Taka płukanka to praktycznie zerowy wysiłek, za to efekty są boskie :D Ocet jabłkowy zmywa z włosów i skóry głowy resztki szamponu, które pozostawione przyczyniają się do podrażnień, łupieżu i przesuszenia. Przywraca także prawidłowe pH, co znowu przyczynia się do zmniejszenia podrażnień i łupieżu, a co dla mnie najlepsze: fantastycznie domyka łuski włosa, dzięki czemu już po pierwszym użyciu są niesamowicie sypkie i błyszczące :)
Przerobiłam już masę płukanek, od ziołowych po kawowe i wywary z liści orzecha włoskiego. Żadna niczego specjalnego mi nie dała, więc po tej również niczego takiego się nie spodziewałam, ale całe szczęście postanowiłam ją wypróbować :)
Byłam w szoku, że moje włosy w ciągu godziny mogą tak wypięknieć, loki się podkręciły, czupryna u nasady uniosła, no kurczę :D Skóra głowy też dostawała wiele dobrego z powodu tych wszystkich witaminek zawartych w occie. Po ok miesiącu - dwóch regularnego stosowania (myję głowę co 3 dni), zaczęło mi wypadać znacznie mniej włosów. Nie jakoś spektakularnie dużo, ale zauważalnie mniej. Szkoda tylko, że nie wywołał baby hair, ale wtedy już osiągnąłby szczyt :)
i jako tonik do twarzy:
Rozcieńczam go w proporcji 1:5 również z przegotowaną wodą (1 miarka octu, 5 miarek wody) Można to robić w wodzie destylowanej i nawet lepiej, mi się po prostu nie chciało za taką biegać, a tonik i tak spisywał się bardzo dobrze. Domowe toniki przechowujemy w lodówce nie dłużej niż 14 dni, dlatego lepiej robić małe porcje.
Taki tonik niestety nie jest dla każdego z prostego powodu: no śmierdzi octem :) Jeśli jesteśmy przyzwyczajone do kwiatuszkowych drogeryjnych toników, ten tutaj może odstraszać. Jednak nie jest tak źle, zapach bije po nosie głównie w momencie aplikacji, dość szybko się ulatnia, a jeśli chcemy pozbyć się go odrazu, wystarczy nakremować buzię i po problemie :)
Taki tonik świetnie rozjaśnia przebarwienia i radzi sobie z wypryskami, rozświetla cerę ogólnie i co najważniejsze przywraca naturalne pH, może lekko zakwaszając skórę, co jest baardzo potrzebne jeśli wcześniej umyłyśmy się chamskim żelem z SLS :) Skóra przestaje być ściągnięta i lekko się nawilża. Wyczytałam też gdzieś, że wygładza zmarszczki :) Tego nie mogę potwierdzić ani zaprzeczyć, może jednak jakieś ziarno prawdy w tym jest :)
KOLEJNA BARDZO WAŻNA SPRAWA: najlepiej żeby ocet był bio, bez żadnych siarczanów i innych niepotrzebnych śmieci. Podobno ocet z Rossmana jest dobry, jeśli nie chcecie zajmować się szukaniem. Ja używałam octu od Develey i wg mnie był w porządku.
A najlepiej jeśli zrobi się taki ocet samodzielnie :) Wtedy to już całkowite wyżyny zdrowotności ;) Ja zrobiłam i mogę spokojnie stwierdzić, że spisuje się 100 razy lepiej od sklepowego :)
Do dużego słoika, wsypałam pokrojone w cienką kostkę jabłka, umyte i ze skórką, obrane z gniazd nasiennych. Niby można wrzucać z nasionami, ale tata mi to odradził, pobono przy fermentacji z nasion wydzielają się szkodliwe związki, więc wolałam nie ryzykować. Wszystko zalałam przegotowaną, ciepłą wodą z rozpuszczonym cukrem w proporcji: 1 łyżka cukru na 1 szklankę wody. To jednak chyba było zbyt dużo i następnym razem dodam mniej cukru, bo ocet długo był słodki a nie octowy i cała procedura się przeciągała. Wieko słoika zakryłam gazą i odstawiłam w chłodne miejsce. Od czasu do czasu należy wszystko przemieszać drewnianą łychą. Uwaga też na muszki owocówki, strasznie się przy tym później kręcą :/
A najlepiej jeśli zrobi się taki ocet samodzielnie :) Wtedy to już całkowite wyżyny zdrowotności ;) Ja zrobiłam i mogę spokojnie stwierdzić, że spisuje się 100 razy lepiej od sklepowego :)
Do dużego słoika, wsypałam pokrojone w cienką kostkę jabłka, umyte i ze skórką, obrane z gniazd nasiennych. Niby można wrzucać z nasionami, ale tata mi to odradził, pobono przy fermentacji z nasion wydzielają się szkodliwe związki, więc wolałam nie ryzykować. Wszystko zalałam przegotowaną, ciepłą wodą z rozpuszczonym cukrem w proporcji: 1 łyżka cukru na 1 szklankę wody. To jednak chyba było zbyt dużo i następnym razem dodam mniej cukru, bo ocet długo był słodki a nie octowy i cała procedura się przeciągała. Wieko słoika zakryłam gazą i odstawiłam w chłodne miejsce. Od czasu do czasu należy wszystko przemieszać drewnianą łychą. Uwaga też na muszki owocówki, strasznie się przy tym później kręcą :/



















