Obserwatorzy

niedziela, 23 czerwca 2013

Kredka do ust i różany woreczek od Madame Lambre :)

O zasadności używania kredek przez wszystkie dziewczyny, nawet te, które mają 1 cielistą szminkę na krzyż pisałam TUTAJ :) I tam też recenzjowałam inną kredkę drugiej marki grupy Lambre. W sumie opis mogłabym w większości skopiować, bo moja dzisiejsza bohaterka niczym nie ustepuje poprzedniczce, ale nie będę taka :)

Wygląd: Na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie. No same przyznajcie :> Takie drewniane, nijakie, wcale niekolorowe jak większość gadżetów, które nas atakują z półek sklepów. Jednak, gdy spojrzeć na to całościowo i trochę wnikliwiej okazuje się, że taki rustykalny nieco wygląd świetnie wpasowuje się w secesyjny styl marki.


Całość jest spójna, ze smakiem, nic nie zostało ani przedobrzone, ani niedopracowane. Na pewno wyróżnia się pośród innych produktów, chociaż z tego co piszą dziewczyny podobno producent tego nie wykorzystuje tracąc na źle przygotowanych standach w drogeriach. Nie wiem, nie ma u mnie Hebe, ale z taką opinią spotkałam się już nie raz. Kosmetyki ponoć giną gdzieś w kącie źle wyłożone i nie zachęcają do oglądania, a szkoda, bo potencjał mają ogromny.



A co do samej kredki. Po pierwsze, bardzo podoba mi się koncepcja gołego drewienka ze złotą skówką i na dodatek ostro zakończonego. Oczami wyobraźni odrazu widzę siebie w małym, uroczym domku XIX wieku, wieczorem na białym ganku, piszącą piórem list do swego ukochanego. Czuję zapach wrzosów z łąki za domem i piję herbatę z filiżanki na spodeczku. Ahh..



Do tego kwestia praktyczna. Ostro zakończona kredka rozwiązuje ważny problem natury egzystencjalnej. Kiedy wyrzucić zużyta kredkę, skoro jeśli znaleźć mniejszą temperówkę, to jeszcze by coś wycisnął :> Tutaj gryfel można zużyć do końca i nie martwić się marnotrawieniem, w ręku po ostrym temerowaniu końcówki zostanie nam same drewienko i serce już nie boli przy wywalaniu do śmietnika :D

Użytkowanie: Tutaj nie ma się co rozwlekać. Zajrzyjcie do linku na początku posta ;D Kredeczka gładziutko sunie po ustach, bez problemu i nie szarpiąc daje się nią narysować ładny kontur, a także wypełnić całość warg. Nie podkreśla suchych skórek. Lubię ją używać jak szminkę, jest o wiele trwalsza od większości, które posiadam, a po posmarowana dodatkowo bezbarwną pomadką daje fantastycznie naturalny, acz widoczny efekt szminki nude. Tzn ten akurat konkretny kolor, po który pewnie mało kto by sięgnął, bo brązowy :)



Temperuje się również elegancko, nie mażąc się naookoło jak niektóre. Czyściutko, schludnie i bez problemów. Szczerze nie mam jej nic do zarzucenia, chociaż bardzo bym chciała, bo ile można zachwycać się jedną firmą ;)



I  wybór kolorków:



Cena: 10,20zł

Mam jeszcze coś takiego:


Różany woreczek do szafy. Dosłownie różany. Żadnych sztucznych wypełniaczy i zbędnej chemii.

Pachnie bardzo delikatnie, na tyle, na ile moga pachnieć ususzone płatki róż, chociaż w szafie mimo to było go ładnie czuć przez jakiś miesiąc. Widzicie już tą dębową pięknie rzeźbioną szafę w swojej izbie? :D Albo szufladę z papeterią i kałamarzem?


Znowu takie proste, mało kolorowe, a jak się prezentuje. Ma w sobie jakąś taką nutkę tajemnicy, niewidoczną na pierwszy rzut oka, ale każącą zatrzymać się na chwile i przenieść do innego świata. Te produkty wciągaja po całości, nie kupujcie ich bo przepadniecie :)


środa, 19 czerwca 2013

Kallos to nie tylko maski - Eyeliner Kallos Love + Czemu mnie nie ma

Mleczna maska do włosów Kallosa jest chyba znana większości naszej blogosfery, ale czy wiedziałyście, że firma Kallos zajmuje się również produkcją o wiele szerszego wachlarza kosmetyków? Mają m. in. balsamy, mydła, cały włosowy arsenał od stylizatórów, po odżywki i farby, no i kolorówkę łącznie z podkładami i lakierami do paznokci. Ja się zdziwiłam :)

Z tego co widzę na stronie są dwie serie: KJMN to produkty do włosów, a LOVE to kolorówka.

No i dzisiaj mam do przedstawienia właśnie coś z kolorówki i nie wiem jak z jakością innych rzeczy z tego działu, ale w tym konkretnym przypadku niestety szału nie ma. Chociaż i tak mały ból, bo z dostępnością jest ciężko, więc w sumie nie ma co żałować.


Opakowanie: Pod względem estetycznym bardzo mi się podoba.Minimalistyczne, bez zbędnych napisów, bialutkie i całkiem trwałe. Takie eleganckie. Zakrętka wygodnie leży w dłoni i można sobie fajnie operować przy oku. Wkurza mnie tylko uszczelka przy ujściu. Coś tu jest nie tak, bo przy wyciąganiu i wkładaniu pędzelka strasznie brudzi się szyjka z zewnątrz. Na całej długości jest już czarna i po czyszczeniu ten stan powraca w mig, obojętnie jak bym się nie starała. Dużo się marnuje, paluchy mogą się brudzić, no i przez taki oblepienie zmniejsza się trwałość. Minus.

Aplikacja: Właściwie to taka sobie, trzeba mieć spore pokłady cierpliwości i kupę czasu. Pędzelek jest wg mnie zbyt gruby i mało elastyczny, do tego potrafi ukłuć, nie zmniejsza się na końcu i jeszcze rozczapirza. Kreski wychodzą grube, przez rozczapirzanie często niejednolite, tusz nie spływa po całej długości pędzelka na jego czubek w trakcie rysowania, przez co trzeba robić krótkie kreseczki i 100 razy doprawiać. DO KITU i napewno nie nadaje się dla rozpoczynających przygodę z tuszem, można się łatwo zrazić. Każde malowanie to dla mnie spora męczarnia, ale da się zrobic nim porządny makijaż nawet z cieniutkimi kreseczkami. Tyle, że czasami trzeba się przy tym nieźle nakląć.


Trwałość/Użytkowanie: Trwałość jest świetna, to chyba jedyny plus. Kolor wychodzi czarny i ładny, trzyma się na powiece do samiuśkiej nocy. Cienie potrafią mi spłynąć, tusz skruszyć, ale liner zostaje na swoim miejscu. Więc męczarnia z malowaniem nawet by się opłacała, gdyby nie to, że tusz strasznie wysusza mi powieki i je dosłownie marszczy. MARSZCZY! No serio? Przy cienkiej kresce to nie jest aż tak widoczne czy odczuwalne, ale przy grubszych już tak i to bardzo. Aż nie dawało się wytrzymać z takim uczuciem i albo zmywałam cały makijaż, albo próbowałam ratować się wazeliną nakładaną na sam liner. Słaby interes biorąc pod uwage fakt, że przez pędzelek kreski łatwo schrzanić i albo odrazu wychodza grube, albo wygrubiają się przy próbie odratowania tego co mi tam powychodziło.

No nie polecam. Liner z tego co pamiętam kosztował chyba w granicach 7-10zł a za tą cenę można spokojnie kupić coś lepszego, np. takie Wibo.


Strasznie dawno mnie tu nie bylo i niestety zapowiada się, że takie przerwy mogą zdarzać mi się cześciej :(

Dostałam pracę! :D Z czego się bardzo cieszę, ale to praca na zmiany i albo wstaję o 5, albo wracam o 22.30. Mój rozkład dnia jest teraz całkowicie przewrócony do góry nogami, muszę się trochę przestawić i ogarnąć to wszystko logistycznie, bo zwyczajnie brakuje mi teraz doby. No i wracam wypompowana, może nie tak fizycznie jak nerwowo. Mam dużo do opanowania i nauki, a tu nie za bardzo jest miejsce na popełnianie błędów, ale mam nadzieję, że szybko wszystko załapię i zapamiętam i będzie dobrze :)


piątek, 14 czerwca 2013

Ale ze mnie Madame :) - (Lambre) Puder Prasowany

Czas na nową porcję szlachciańskich kosmetyków ;) Usmiecham się, tzn, że recenzja będzie pozytywna :]

Konsystencja/Aplikacja: Struktura tego pudru bardzo mi się podoba, taka mało brudząca :) W kontakcie z pędzlem, nawet kiedy dziubdziam nim pionowo zamiast ładnie malować okrężne ruchy w opakowaniu, nie kruszy się, nie pyli, nie sypie. Nabiera się co ma nabrać i nic więcej. Dzięki temu blister, w którym go otrzymałam nie jest ufafluniony, mimo, że trzymam go w kosmetyczce i czasami mi się tam przewala. Super :)

Jednocześnie puder w dotyku wydaje się być dość miękki i jakby satynowy, bez problemu daje nabrać się na pędzel, a po drodze też nic nie spada, dzięki czemu nie muszę nakładać śliniaka do malowania :)

Wygląd: W sumie co tu będę mówić, Pani Halinko, proszę przynieść zdjęcie :P


Fajnie mieć taki wzorek, niektórym jest ich szkoda, bo za ładne do używania, ale ja je szalenie lubię psuć ^^ No i jak to się musi prezentować w szkatułce :O Ale o tym później.

Działanie: Na początku był dla mnie za ciemny, akurat z prasowanych do wyboru mamy 3 kolory i to jest właśnie ten najciemniejszy. No i na stronie faktycznie wygląda strasznie, dosłownie jak kakao na mleku, w opakowaniu też wygląda strasznie, ale na skórze okazuje się, że jest o wiele łagodniejszy niż się prezentuje :) A że nie ma pomarańczowych podtonów, używałam go sobie jako lekkiego bronzera.

Delikatnie i prawie niezauważalnie podkreślał moje kości policzkowe i to w okresie, kiedy byłam całkowitym bladziochem. Bardzo dobry na młodych dziewczyn i jako pierwszy bronzer dla początkujących, można na nim spokojnie oswajać się z konturowaniem i ćwiczyć rękę, bo nie da się tu przesadzić.

Wystarczyło jednak kilka dni słonka i twarz lekko! mi pociemniała. Teraz pasuje idealnie, a muszę zaznaczyć, że nadal jestem dość blada, bo od dawna się nie opalam. No i tu rodzi się problem, jeśli robimy zakupy przez internet, bo stacjonarnie można jeszcze chyba kupować w Hebe? W życiu sama nie wybrałabym w ciemno tego odcienia. Chociaż przypuszczam, że wybierając któryś z jaśniejszych też byłoby dobrze, jeśli są równie transparetne.

Używany na całą twarz ładnie ją matowi, ale nie jest to taki płaski, sztuczny mat. Wygląda bardzo naturalnie. Na mojej mieszanej cerze utrzymuje się standardowo. Super trwały nie jest, ale trzyma fason.


Zapach: Za to też go uwielbiam :) Wiem, że o wiele delikatniej i zdrowiej dla skóry byłoby używać produktów bezzapachowych, no ale to takie przyjemne jeśli coś ładnie pachnie :) Ten tutaj pachnie takim typowym pudrem (mam nadzieję, że mamy podobne wyobrażenie zapachu pudru), mi się bardzo podoba, tak trochę jak produkty dla dzieci. Nie jest mocny, ale chyba trochę intensywniejszy niż większość "standardowych" pudrów. Na skórze też pozostaje przez jakiś czas.

Opakowanie: No i tak: Mamy do wyboru albo kupić sobie wkład w blisterku, ja taki mam, albo całą szkatułkę.

Blister: metelowy krążek z pudrem w środku został umieszony w zamykanym plastikowym blistrze, jak dla mnie to takim wielorazowego użytku. Ma jakby zatrzask dzięki czemu można go spokojnie przenosić i ogólnie całość wykonana jest dość porządnie. Jak już pisałam trzymam go w kosmetyczce, a w niej różne rzeczy się dzieją i opakowanie ciągle jest nienaruszone, nic mi nie pękło, nic się nie wysypuje. Do tego jeśli chcemy sobie przenieść zawartość nie musimy się męczyć i nic wydłubywać. Po bokach wyżłobiono dwa miejsca na palce, pyk i wkład wyciągnięty. Lubię takie szczegóły, drobnostka, a ułatwia życie i pokazuje, że producent myśli.


Szkatułka: Wiem, że sporo z Was ma po prostu paletki magnetyczne i z głowy :) Jeśli jednak ktoś chce zaznać pełni elegancji może sobie machnąć taką lansiarską, drewnianą (?) z lusterkiem. Szkoda tylko, że trzeba kupować odrazu takie duże, mniejsze są jedynie do cieni. Przydałoby się jeszcze coś do pojedynczego różu czy pudru.

Jaki w słonku jest delikatny :)

No i bardziej opłaca się kupować szkatułki z uzupełnieniem (81,60zł) niż oddzielnie (60,52zł), podliczając koszty pojedynczych cieni i gdyby zamiast pudru prasowanego (ok10zł) włożyć puder i róż spiekany (po ok 20zł) wychodzi aż 60zł taniej, całkiem sporo.

żródło
Cena: 12g / 10,13zł dziwaczne mają tu te groszowe końcówki :P

wtorek, 11 czerwca 2013

O pomadce, która gorzknieje na ustach - Eveline Extra Soft Bio

Brr.. Ta pomadka to jakiś mały koszmarek. Kupiłam ją swego czasu w Biedronce i teraz przeglądając inne wpisy na jej temat, widzę, że jest jej kilka rodzai, a ta konkretna chyba miała wcześniej inne opakowanie, bardzie zwykłe jak dla mnie. Teraz niby pełna profeska, ale zawartość jest gorsza niż z kiosku :/

Opakowanie: Niby takie och i ach, błyszczący kartonik w królewskich barwach, napis: Szwedzka Receptura, ohoho to dopiero będzie dobry produkt. A w środku różowe, zwykłe, ledwo trzymające się kupy (bo kupy nikt nie lubi się trzymać) opakowanie właściwe Hmm widzę tu małą niekonsekwencję.


Działanie: Po pierwszym przejechaniu po dłoni na próbę bardzo fajne, no ale zależy czego się oczekiwało. Pomadka jest dość miękka i błyskawicznie i lekko roztapia się pod wpływem ciepła skóry, sunąc wręcz oleiście. Było widać, że wielkiego z niej nawilżenia i regeneracji nie będzie (i faktycznie nie było), ale pomyślałam, że idealnie sprawdzi się do nabłyszczania ust  pociągniętych szminką. I faktycznie pod tym względem się sprawdziła. Tylko, że to była jej jedyna zaleta. W tej roli sprawowałaby się idelanie, ponieważ dzięki swojej roztopliwości nie scierała koloru z ust, pozostawiając szminkę pod spodem w nienaruszonym stanie.

Nie dało się jej jednak używać gdyż: gorzkniała przeokrutnie! I to bardziej w połączeniu ze szminką niż solo, chociaż solo też dawała sobie z tym radę :/ Pierwsze nałożenie na gołe usta: no ok, ok, taki olejek trochę, pachnie malinową mambą, ale coś spływa do gardła i jakoś tak niesmacznie. Próbuję na szminkę, OOO MATKOOOO co za gorycz na końcu języka, czego ona tak spływa do ust skoro jej nie liżę?! O co chodzi, może weszła w jakąś reakcję ze szminką. Próbuję z inną i z inną, to samo. Próbuję solo to samo, ale o wiele mniej. Robię do niej podchody co kilka dni, może jakaś chora jestem albo co i to moja wina, nie, to samo.


A w duŁpie.

Dałam ją swojemu S. ]:-> ale jakoś nic nie mówi, ja też nic nie mówię, może myśli, że to normalne :P Ale jestem złym człowiekiem :> U niego nawet coś tam działa, ale mu się złamała po 3 razie. Czyli do tego łamliwa bestia.

Odradzam wszystkim.


A, i ona bardzo ładnie pokazuje, co się dzieje z pomadkami po aplikacji i jak ładnie sobie nam migrują do gardła. Innych po prostu nie czujemy, ale jak dla mnie to spływają tak samo. Lepiej jednak inwestować w te bliższe naturze...

A tu skład: nie rozumiem po co w nim tyle barwników (CI) i ogólnie jakiś taki przydługi i mało ciekawy :/ Już moja odbita w nim rączka jest ładniejsza :)


sobota, 8 czerwca 2013

efoxcity - faktycznie wysyła :)

Jakieś półtora miesiąca temu pisałam Wam o nowej współpracy z eFoxCity, podjętej raczej z ciekawości jak to będzie :) Szczerze mówiąc trochę powątpiewałam w to, czy moje kolczyki faktycznie dojdą, ale doszły i bardzo mi się podobają :) Tyle, że musiałam czekać na nie miesiąc, ale zostałam o tym uprzedzona, więc ok. Postanowiłam nawet przedłużyć współpracę, jestem zadowolona z kontaktu mailowego, z jakości tego co dostałam, więc czemu nie :)

Tutaj zdjęcia:




Na żywo wyglądają naprawdę ślicznie :) Noszę je już kilka dni i nie swędzą mnie uszy, a potrafią przy sztucznej biżuterii. Myślałam, że będą kompletnie tandetne i plastikowe, ale są przyjemnie ciężkie, prezentują się elegancko, farba nie złazi :P i bardzo podoba mi się zatyczka, którą zaznaczyłam strzałką na zdjęciu :) Przyjemna dla ucha i wygodna. Ogólnie jestem zadowolona, a tym razem wybiorę sobię branzoletkę, bo upatrzyłam już taką jedną jedyną :D

No tak ogólnie sklepik jest już chyba dość znany. Ha, sklepik, Blair z którą koresponduję nazywa to raczej Chińską Hurtownią, bez ogródek i pierdzielenia :)

Ceny są różne, a rzeczy mają chyba z milion. Znowu się powtórzę, ale gdybym tylko zarabiała w dolarach, to kurczę, brałabym :P W dolarach się opłaca, zamieniać na złotówki trochę mniej, no ale może się komuś spodoba to pokażę kilka przykładów: Miałam tylko podlinkować te 2 działy, ale nie mogę się powstrzymać, spójrzcie na ceny :) Przynajmniej bluzek :>


 $7.89

$8.14

$8.20

$9.99

$11.66

$9.70

$44.24

$36.74

Ale pojechałam :P

Nie chciałam robić kolaży po 3, jak ostatnio, bo prawie nic na nich nie widać. Wiadomo, że to chińszczyzna, ale w sumie jak większość rzeczy u nas, tylko, że w kraju nabijają na to dodatkowe marże i myślimy, że jest fajnie. No i wiadomo, są rzeczy bardziej i mniej chińskie, ale tutaj jeśli jakość jest taka jak w przypadku kolczyków, to nie bałabym się kupić :) No i fajne jest to, że asortyment mają tak ogromny, że absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie. Dobra, wyłączam się, bo mi znowu smutno, że nia mam złotej karty i nie mogę robić zakupów kontenerami :P



wtorek, 4 czerwca 2013

TRAVALO - mi przecieka :/

Wrr.. Chyba nie mam szczęścia do tego produktu. Teoretycznie Travalo to fajny gadżet, gdzie nie czytam to opinie pozytywne, nie wiem w takim razie czemu ja mam z nim tyle kłopotów.


Tak w teorii, to eleganckie maleństwo do przelewania perfum, aluminiowe, leciutkie, dostępne w różnych kształtach i kolorach, nawet etui sprzedają, ogólnie biznes dość drogi, ale jakże rewolucyjny. Mamy ulubione perfumy, psikane, nie chcemy ich nosić w torebce bo za ciężkie, to kupujemy taki pojemniczek, przepsikujemy do niego kilka ml i możemy ruszać w świat. Wszystko fajnie. W teorii.


Podejścia były 2. Za pierwszym razem praktycznie od razu po kilku psiknięciach poszła mi uszczelka. Produkt zagraniczny, ale reklamacja przebiegła wzorowo KLIK, aż byłam w szoku, że tak szybko i bez problemu.

Ekstra, po 10 dniach dostałam nowy egzemplarz i.. dupa, bo sytuacja jest identyczna, tyle, że teraz przecieka chociaż uszczelka cała :/ Nie wiem o co chodzi, nie robię nic na siłę, próbowałam już chyba pod każdym kątem i ze wszystkimi perfumami w domu.

Tu znajduje się cała tajemnica mechanizmu.
Dół atomizera kryje uszczelkę z dziurką.

Zdejmujemy korek z perfum i przykładamy wypustkę do uszczelki

Pompujemy sobie, a perfumy powinny przepsikiwać się do atomizera bez przeciekania, bez marnowania, ogólnie kilka sekund i czysta robota

Mi jednak więcej cieknie po palcach niż do fiolki. No ale dobra, po męczarni i połowie wylanych perfum coś mi się udało napełnić. Tutaj jednak drugi zgrzyt. Mimo, że atomizer bardzo wygodnie leży w dłoni, nasiska się go ciężko, muszę wręcz używać do tego kciuka i zamiast rozpylać delikatną chmurkę sika perfumami i również cieknie mi po palcach. Może co trzecie psiknięcie jednak ta chmurka wydobywa się jak trzeba, mam więc mały smaczek tego jak to całe eleganckie i drogie ustrojstwo powinno działać. 

Noszz kurdę!!!

A miało być tak ekstra. Ogólnie refiller prezentuje się świetnie. Wygląda ładnie i ze smakiem, bez problemu mieści się w torebce, w sumie nawet w kieszeni. Można go zabierać do samolotu. Podobno jego pojemność 4ml wystarcza na ok 50 psiknięć. Poddałam go próbie i ostro nosiłam na dnie swojej wypełnionej klamotami torby i nie ma na nim ani jednej ryski.


Tylko co z tego skoro nie da się go używać? :( 

Teraz mam 2 identyczne atomizery, z którymie nie mam co zrobić, a wyrzucić szkoda.

Koszt takiego cudeńka to - 40/50zł



piątek, 31 maja 2013

Co blogowanie zmieniło w moim życiu?

W przedostatniej notce opisywałam produkty, które porzuciłam z powodu tego, czego dowiedziałam się w trakcie blogowania. Teraz chciałabym poruszyć to bardziej ogólnie. Zostawiłyście sporo komentarzy na temat własnych doświadczeń i pod wieloma z nich mogłabym się podpisać. Jak pewnie większość dziewczyn :) Postanowiłam dopisać jeszcze resztę rzeczy do tej listy i sama sobie dzięki temu trochę to poukładać.

Nie ukrywam, że liczę też na Wasze przemyślenia i podsumowania, bo jak to u bab bywa, bardzo mnie interesuje jak żyją inni, czyli Wy  :> Jestem bardzo ciekawa, które rzeczy się nam pokrywają, a które prowokują całkowicie inne zachowania.

Tak więc jeśli temat ciekawi i Was i macie ochotę pogadać, to piszcie tu, albo piszcie u siebie i wysyłajcie linki :) Mam nadzieję, że ktoś się skusi :)

A więc ja:

- zaczęłam chodzić do drogerii 2 razy : ) -Wcześniej wchodziłam, kupowałam to co mi się podobało i wychodziłam. Później się wściekałam, że zmarnowałam pieniądze na coś, co muszę wywalić. Teraz wchodzę i przeobrażam się w szpiega na obczyźnie. Lustruję półki, zapisuję w pamięci, wracam do domu i szukam na blogach opinii o konkretnych już produktach. Wiem, że wszystkie recenzje są subiektywne i nie każemu będzie pasowało to samo, jednak dzięki tej metodzie ilość kupowanych bubli ograniczyłam do minimum.

Oprócz samej opinii ważne jest też dla mnie sprawdzenie konsystencji, poczytanie o zapachu, obejrzenie swatchy itp., żeby jak najcelniej trafić w swój gust i potrzeby. W "moich" drogeriach testery prawie nie istnieją, więc praktycznie za każdym razem trzeba kupować w ciemno i teraz okazuje się, że to co robimy na naszych blogach to kawał całkiem przydatnej roboty :) No chyba, że należy się do szajki drogeryjnych wandali i pakuje paluchy w każdy zamknięty produkt na półce. A co.

No i po odsianiu części produktów z listy i dodaniu części nowych ^^ wracam sobie spokojnie i już bez łażenia po alejkach konkretnie idę po co chcę, biorę, płacę i wychodzę. I jestem zadowolona, bo wiem co kupiłam.

Nie znaczy to, że nie robię żadnych spontanicznych zakupów i za każdym razem lecę do domu czytać opinie w internecie :) Chociaż tyle tego czytam na codzień, do tego te wszystkie akcje lustracyjno szpiegowskie, że w sumie czasami mam wrażenie, iż lepiej znam asortyment drogerii niż panie w nich sprzedające.

- wkurzam się na niekompetencję pań w drogeriach - jak już przy nich jesteśmy. Też tak macie? Proszę, powiedzcie, że tak, bo już nie wiem, czy ciągle jestem normalna, czy powinnam zacząć się za siebie wstydzić.

Panie nie wiedzą gdzie co mają na półkach, pytane o radę wciskają mi to co aktualnie reklamują w TV (reklamują to pewnie dlatego, że dobre), a pytane o konkretne działanie nie potrafią powiedzieć nic więcej, oprócz tego co napisał producent na etykietce. Tyle to i ja sobie przeczytam. Oczywiście o jakiejś podstawowej znajomości składów można zapomnieć. Do tego dyskusje, które między sobą toczą. Stoję cicho między alejkami, kontempluję szampony i słucham jak to stawiają na naturalną pielęgnację i teraz używają "Kremów BB" od Garniera, czy Eveline'a i nie wiedzą jak Baśka może używać kremów 40+, skoro przecież ledwo dobiła do trzydziestki. Głupia, przeciez jej się zmarszczki od tego porobią. I weź teraz idź pytać takie o coś jeszcze...

- robię z siebie kosmitę i wroga nr 1 w sklepach - nie, nie dlatego, że im się wcinam w rozmowy, bo jeszcze nigdy się nie odważyłam :) Chodzi o to, że czasami chodzę od brzegu półki do brzegu i biorę w łapska po kolei każdy szampon, odżywkę czy krem, oglądam skład, odkładam i tak następne aż do końca. Albo aż znajdę to czego szukam. Pewnie chcę coś ukraść, albo nie mam pieniędzy i przyszłam się pobawić i teraz wkładam łapy w każdą rzecz, i to jeszcze po kolei! jak głupia, pewnie chora psychicznie, i zaraz na bank zepsuję im misternie ułożoną konfigurację butelek. A jak już po tym całym cyrku wychodzę bez kupowania niczego, to cieszę się, że wychodzę, bo jeszcze bym usłyszała co o mnie mówią :P A już ich wzrok mówi za dużo -.-. 

- nauczyłam się umiaru i lepiej obserwuję własne ciało -  żeby przetestować i rzetelnie coś zrecenzjować trzeba niejako skupić się na danej rzeczy i odseparować ją od innych. Jeśli w tym samym czasię wprowadzę do pielęgnacji twarzy nowy tonik, serum i krem to nie będę wiedziała co jak działa. Teraz, nawet jeśli kupię kilka produktów na raz, zaczynam używać ich w pewnych odstępach czasowych, często odstawiam też na jakiś czas wszystko inne żeby sprawdzić jak np. dany krem zachowuje się zaaplikowany całkowicie solo.

Wyszło mi to na dobre i stało się fajnym nawykiem. Teraz łatwiej mi stwierdzić co pomogło, a co zaszkodziło. Liczba przykrych niespodzianek ograniczona do minimum, a moja pielęgnacja jest coraz bliżej doskonałości, gdyż kosmetyki wzajemnie się uzupełniają zamiast działać wszystkie na jednym polu, a na innych wcale :) No i wiem, czego konkretnie w danym okresie potrzebuję i sobie to wprowadzam przy pierwszych symptomach, które też już coraz lepiej odczytuję. Dzięki temu moje ciało jest we względnej stabilizacji i nie doświadczam już mega przesuszy, na które nic nie działa, albo przetłuszczu, czy innych skrajnych sytuacji.

- jestem piękniejsza :D - tak mi się przynajmniej wydaje :) Ta świadoma pielęgnacja przynosci całkiem niezłe efekty. Do tego odkrycie lepszych produktów i ogólnie nowych technik dbania o siebie ^^. I czytanie instrukcji makijażowych też przyniosło rezultaty. Teraz nie boję się używać bornzera, czy róży, a moje makijaże stają się coraz ciekawsze i bardziej dopracowane :)

- żyję zdrowiej - to jest coś co mi się najbardziej podoba :) Już przed blogowym etapem starałam się żeby jako tako to u mnie wyglądało, lubiłam czytać różne artykuły na ten temat, ograniczać śmieciowe jedzenie, czytałam składy na jedzeniu, itd, ale szału nie było. Teraz regularnie czytam u Was o nowych sposobach na zdrowie, piękno i dobre samopoczucie :) Podrzucacie fajne teksty i piszecie z własnego doświadczenia, co jest najlepszą motywacją dla mnie. Jednak czytać o czymś u żywego człowieka, który pisze co dokładnie u niego się zmieniło, i z którym można porozmawiać wprost pod wpisem, a czytać suchy art. w internecie to zupełnie co innego.

Również trend na zdrowe i jak najbliższe naturalności kosmetyki, mocno rzutuje na wszystko co wybieram w sklepie. No i wybieram, mam nadzieję, bezpieczniej.

Ćwiczenia :) Zawsze byłam leniuchem, a wszystkie ćwiczenia wydawały mi się albo nudne, albo zbyt trudne. I motywacji też brakowało. Teraz ciągle któraś podrzuca jakiś nowy filmik z Mel B, a to jakies nowe wyzwanie, a tu zdjęcia z przed i po, a tam garść motywacji, no i jak tu dalej siedzieć na kanapie? Teraz ćwiczę regularnie od kilku miesięcy i wcale mi sie nie nudzi. Znalazłam treningi idealne dla siebie i normalnie jak nie ja! :D I jest super, nie trzęsę już tłuszczem jak chodzę, poprawiło mi się trawienie, stałam się bardziej wytrzymała, pewniejsza siebie, no i te endorfiny :] A do tego pokonywanie swoich granic. Uwielbiam widzeć, że ćwiczenia przy których jeszcze niedawno umierałam teraz wychodzą mi bez większego wysiłku. To niesamowity pozytywny kop :) Chyba każdy lubi widzeć, że robi się w czymś lepszy niż był, a praca przynosi efekty :)

- i jestem bardziej twórcza- tyle tego DIY i inspiracji, że nie sposób powstrzymać w mózgu wprawionych w ruch zębatek. Teraz wykombinowywuję takie rzeczy, o które bym się wcześniej nie podejrzewała :P

- przestałam być naiwniakiem -  Ogólnie okres przed odkryciem blogów uważam za czas kompletnej nieświadomości i chodzenia po omacku. Ślepo wierzyłam w obietnice producentów, w kolorowe reklamy i wesoło płaciłam za ładne opakowania i gażę Pani Sławnej Aktorki, którą dana firma wynajęła do drogiej kampanii. Teraz wiem, że bajki z przednich etykiet można sobie wsadzić pod kucyk, brzydkie opakowanie nie oznacza złego kosmetyku, a tani produkt może być lepszy od drogiego, a drogie nie równa się wysokojakościowe. Witamy w Matrixie, teraz nic nie będzie takie jak było wcześniej.

- używam produktów niezgodnie z ich przeznaczeniem i robię różne inne dziwne rzeczy - Golenie nóg na odżywce? Nakładanie kremu do rąk na włosy? Mąki ziemniaczanej zamiast pudru? Mycie włosów szamponem dla dziecie/płynem do higieny intymnej? Wazelina na brwi? Ale jak to.. To szminkę można przetopić z inną, do kremu coś dolać, a pokruszony puder zalać spirytusem i nic się im nie stanie? I po co nakładać na twarz olej, a na głowę kozieradkę? Jaką randkę? Na te pytania odpowie chyba każda kosmetyczna blogerka, za to zdecydowana większość "normalnych" ludzi popuka się w czoło :D A okazuje się, że czasami można fajnie poeksperymentować, a niektóre produkty lepiej sprawdzają się w innej roli niż ta narzucona przez producenta :) I nie koniecznie zaraz wybuchną.

- jestem mądrzejsza ^^ - wiele dziewczyn pisze bardzo mądre posty, poparte niemałą wiedzą. Dzięki temu obaliłam w swojej głowie wiele mitów, któe zostały zasiane w wieku nastoletnim i wrastały w moją świadomość aż do niedawna. Ale nie chodzi tylko o mity, dowiaduję się ogólnie dużo różnych ciekawych rzeczy, nawet nie tylko o samej pielęgnacji, ale np. o mechanizmach zachodzących w skórze, o budowie i zachowaniu włosów, o chemicznym aspekcie różnych substancji. Jestem dzięki temu bardziej świadoma, a to co czytam mogę wprowadzać w życie i jeszcze lepiej i skuteczniej dobierać dla siebei różne produkty i sposoby ich aplikacji. To tak jakbym dostawała do ręki cegły, tylko skombinować narzędzia i mogę budować swój zamek piękności tak, żeby się nie zawalił :)

- i mniej ufna - niestety, to jeden z gorszych aspektów. Na początku pewnych rzeczy nie widziałam, jednak jeśli się siedzi w jakimś grajdołku dłuższy czas i regularnie go obserwuje, to niektóre zachowania daje się prędzej czy później wyłapać.

Dużo recenzji jest naciąganych pod "sponsorów". Mało fajnie być okłamywanym, to raz, mało fajnie być źle postrzeganym na zewnątrz z powodu innych ludzi, to dwa. To temat znany wszem i wobec, więc chyba nie ma sensu się nad nim rozwlekać w tym i tak już przydługim poście. Wszyscy wiemy o co chodzi.

Za dużo ludzi daje się łapać na owczy pęd. Ktoś puści jakąś sensację, prawie nikt nie sprawdzi jak to jest faktycznie, ale notki na dany temat wyrastają jak grzyby po deszczu. To mnie nauczyło, że nie zawsze jeśli dużo ludzi o czymś pisze, mają rację. Wyszło też, że często informacje, które są przekazywane okazują się nierzetelne, niesprawdzone, fałszywe. Niebezpieczna rzecz, bo nadal istnieje sporo osób, które to co czytają biorą za pewnik. Ja wcześniej brałam, no bo skoro tyle ludzi o tym mówi, to musi być prawda. A tu nie do końca. Apeluję więc o sprawdzanie 10 razy tego co chcemy wypuścić do sieci. Niby to e tam, tylko blogi kosmetyczne, ale pracujemy nie tylko na swoją reputację, a bierzemy odowiedzialność za ludzi, którzy nas czytają i ufają nam. Czasami czytam takie bzdury, że nie wierzę. Często są nieszkodliwe i jedyne co robią to wprowadzają w obieg błędne myślenie o danej rzeczy, ale zdarza się też, że dany temat może okazać się niebezpieczny dla czyjejś cery, a nawet i zdrowia.

Ja już się nauczyłam i teraz długo zgłębiam dany temat i przesiewam informacje, a często i tak nie mam pewności, że jest na pewno tak a nie inaczej. I to nie chodzi tylko o blogi, ale i o wszystko co czytam, albo dowiaduję się w inny sposób. Zasada ogranicznoego zaufania powinna obowiązywać także w życiu, a nie tylko na drodze. Bez popadania w paranoje chyba każemu wyjdzie na zdrowie.

- mam rozrywkę i spełniam się grafomańsko :) - no nie ma co, oprócz tamtego brzydkiego podpunktu, pisanie bloga to świetna zabawa. Piszę sobie, pstrykam fotki, a później cieszę się jak dziecko z każdego komentarza :D I czuję się taka famous :] A jak dostanę jakiegoś maila od firmy z propozycją współpracy to już całkiem famous razy 1000 :D A kiedy przychodzi listonosz i otwieram paczkę, to jak dziecko w Boże Narodzenie :)

- czuję, że gdzieś przynależę - No wiadomo, że każdy w realnym życiu gdzieś przynależy, ale fajnie udzielać się w jakimś miejscu, być zżytym z innymi bywalcami, dyskutować sobie, czytać miłe słowa, znać się na wzajem. Już nie raz pisałam, że Blogspot jest dla mnie społecznością i nikt nie istnieje tutaj sam sobie, żyjemy w tym naszym światku razem, jak paczka znajomych. I to jest takie super :) Siadam do komputera po ciężkim dniu i wiem, że tutaj będzie ok, że mam tu swoje miejsce.

- mój chłopak zaakcpetował moją górę kosmetyków - :P Wcześniej strasznie marudził, że po co mi tyle tego, wcieram w siebie jakiś chemiczny badziew, a później na starość będę miała twarz do kostek. Teraz dał mi spokój, bo mam wymówkę: muszę napisać recenzję, to używam :D No i chyba przekonał się, że mniej więcej wiem co w siebie wcieram i już tak nie panikuje. Nawet sam sobie zacząl wcierać ^^

- wydaję więcej kasy, ale mniej - Jestem kobietą, logika musi być :) Wydaję więcej, bo czytam o różnych specyfikach na blogach, nowościach, limitowankach, których istnienia wcześniej nawet bym nie zauważyła, a co więcej, wcale nie byłyby mi do życia potrzebne :P A teraz niesety je zauważam i ślinka cieknie. Jest też druga strona tego medalu, jak pisałam wcześniej, nie kupuję już w ciemno, więc przynajmniej nie wyrzucam tak pieniędzy w błoto. No i często wystarczy mi, że sobie coś pooglądam u Was w postach i udaje mi się niejako nasycić samymi zdjęciami. Dzięki temu nie lecę po 15 identyczną szminkę :) Chyba, że mam doła to i tak idę, na poprawę humoru :P

- poznałam masę nowych rzeczy - nie chodzi mi o nowe marki, ale np. o naturalne mydła. Wcześniej nie wiedziałam, że mydła w kostce mogą być robione w domu i zachowywać się zupełnie inaczej od tych ze sklepu. Nie znałam tylu kosmetycznych zastosowań, octu jabłkowego, aloesu, siemienia lnianego. Nie słyszałam o naturalnych balsamach, ani mineralnej kolorówce. Nie wiedziałam o hennie, woskach zapachowych i całej reszcie mojej listy, którą ciąglę uzupełniam o coś nowego :)


To chyba byłoby na tyle, pewnie zapomniałam o części rzeczy, bo sporo dopisałam jak przeczytałam na nowo, ale i tak wyszło długo :)

To podzielicie się jak jest u Was? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...